Ani słowem o kintsugi – recenzja "Purezento" Joanny Bator

Purezento Joanny Bator to lektura łatwa i przyjemna, a jednak nieoczywista. Choć puszcza oko do miłośników Orientu i dalekich podróży, to chodzi w niej przede wszystkim o peregrynacje innego rodzaju...
Nie do końca też traktuje o samej Japonii - widzianej jako egzotyczna atrakcja. Japonia jest tu raczej, owszem barwnym, przyczółkiem, "inkubatorem" dla wewnętrznych przemian i iluminacji, które pozwalają z wolna porzucać spetryfikowane koleiny myślenia, a ostatecznie - stać się kimś "pełniejszym", kimś Innym.

Rozpoczyna się nieco pretensjonalnie. Prywatne życie młodej nauczycielki języków właśnie legło w gruzach. Śmierć chłopaka, odkryta zdrada, której dopuścił się tuż przed odejściem, i samotność we wspólnym mieszkaniu. Nagle plany na przyszłość zostają unieważnione, pozostają liczne wątpliwości i depresja. Lecz nim opowieść wstąpi na właściwy, japoński tor, zwraca uwagę dość karkołomne zawiązanie akcji – osobista katastrofa okazuje się, na narracyjnym poziomie, zaproszeniem do ekscytującej przygody i nowego życia. Tajemnicza pani Myõko - Japonka, uczęszczająca na lekce polskiego - powierza dziewczynie klucz do pustego domu pod papuzim drzewem na „krańcu świata”. Bolesna strata (koniec dotychczasowego życia) i szybko nadarzająca się okazja, wydają się tylko zmyślną furtką do innego świata; sekretną starą szafą, prowadzącą do innej rzeczywistości, w której możliwe jest mistyczne przeżycie i odrodzenie.

Nie zrażam się, czytam dalej. Lubię stare szafy.

Na razie Kraj Kwitnącej Wiśni ustępuje... Japonii. Bator powściągnęła nieco swój zachwyt - czuć kulturoznawczy dystans - i nie od razu poi nas zieloną herbatą oczarowania. Najpierw punktuje codzienność; jej monotonię, kuchenne praktyki, zaduch i gorąc lata oraz znajome obiekty otoczenia, wspólne dla dużych metropolii: automaty, sieci handlowe, architekturę i życie kampusu czy „polską klasykę” - zapas piwa w lodówce. Z pozoru kraj, jak każdy inny.

Obcość, z jej "pałacami zachwytu" i natto (lub innym kulinarnym "ekscesem") uwodzi nas powoli. By się w niej zanurzyć, trzeba ją najpierw jakoś obłaskawić, bohaterka – a zarazem narratorka i nasza przewodniczka w jednej osobie – odwołuje się więc do swoich przeszłych doświadczeń i polskich skojarzeń. To one, oraz intuicja, pozwalają jej bez obaw wkroczyć w nieznane. Kontrasty i różnice, które wyłaniają się w wyniku tego spotkania, mogą okazać się cenną lekcją, odkryciem, jakie często zdarzają się na styku dwóch kultur. Jak wtedy, gdy bohaterka przestaje biernie czekać na łut szczęścia (nawyk przywieziony z Polski) a zaczyna - dzięki nowej kulturze - otwierać się na dar od losu, który wymaga czujności i wysiłku.

Nie wszystko jednak – włączając w to absurdy japońskiej telewizji czy zdumiewającą bajkę o Taro – wydaje się przystępne i przekładalne "na nasze". Obca rzeczywistość okazuje się skomplikowana i - niczym zdolny magik - zawsze skrywa w kapeluszu jakąś anomalię czy... zagadkowego królika. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by chłonąć "japońskość" tylko za pomocą zmysłów i wrażeń, godząc się na jej sekrety.

Najpierw jednak trzeba ruszyć w miasto, stać się uważnym obserwatorem, nabrać dystansu do siebie i swojej przeszłości – jak czyni to nasza doświadczona narratorka – by wreszcie przyswoić sobie pierwsze znaczenia i słowa. Krótko: podjąć poznawczy wysiłek.

Niezwykłość w końcu rozkwita. Nie pod postacią sensacji czy kuriozów – choć te się pojawiają, wnosząc odrobinę absurdalnego humoru. Bohaterka uczy się wypatrywać piękna w jej szczerej, niekomercyjnej postaci; piękna, które nie wyrzeka się skazy. Przy czym Bator nie gra w zakryte karty i nie każe nam prężyć intelektu – wiemy, że dzieje się tak za sprawą duchowej przemiany, wpływu filozofii Zen. Przemiany, której bohaterka oczekuje.

Pierwsza odsłania się przyroda. Urzeka opalizującymi piórami papug i widokiem majestatycznej góry Fudżi. W przyrodzie jest wzniosłość, groza, ale i krucha śmiertelność. Oczarowują także przedmioty, codzienne gesty, czasem ludzka otwartość i odwzajemnione uczucie. Nęci filozofia, kultura i otwarta na zaświaty tradycja. Japońskie wyspy – mówiąc nieco ironicznie - zdają się wręcz drżeć w posadach od nadmiaru piękna, na które czeka się z utęsknieniem i przygotowanym aparatem, oraz stąpających po niej pięknych (lub chociaż oryginalnych) ludzi, którzy zdolni są ubierać myśli w wyszukane słowa i zagadki. Gdy codzienność okrzepnie, otrzymujemy więcej tej drugiej, uduchowionej i zmitologizowanej Japonii.

Na chwilę w szczelinie między wysokimi budynkami zobaczyłam górę. Dokładnie tam, gdzie znany mi z widzenia staruszek stał pochylony nad statywem aparatu. Oświetlona zachodem chmura uformowała się w kształt pióra. Zanim coś napisało, zmieniło się w żurawia i znikło.

Z tą potoczystą opowieścią jest jak z tym, nie koniecznie ptasim, piórem. Wspaniały widok góry, ukazującej się na tle codzienności, ustępuje pióru, za którym kryje się poezja i twórcza pasja - symbol i metafora. Purezento uwodzi nas, budzi emocje i uczula na rzeczywistość, ale tylko pozornie zbliża się ku najgłębszej prawdzie, której zdaje się poszukiwać. Ponieważ metaforą ani symbolem - o czym autorka musi wiedzieć - nie sposób uchwycić sedna rzeczywistości, ani tym bardziej wskazać sensu ludzkiej egzystencji, za to po swojej stronie ma ona perswazję i poetycką siłę wyrazu. Wszak metafora – twierdził Mark Twain – potrafi przebyć pół drogi wokół świata, w czasie gdy prawda dopiero wkłada buty. Tam gdzie wyłania się tajemnica, język wyobraźni wydaje się jednak bezradny. Pióro znika, niczym fatamorgana.

Dlatego im pełniejsza zdaje się przemiana bohaterki, im bliżej chwili ostatecznego wtajemniczenia, tym bardziej od szańca realizmu (i gołych faktów) przesuwamy się w stro baśni (np. o Kopciuszku, który odrzuca zakłamaną wizję siebie) lub alegorii o duchowym oświeceniu. Co pozwala nam wierzyć, wraz z bohaterką, że głębiej, pod powierzchnią codzienności, tkwi transcendentalne "coś jeszcze", "coś bardziej"... - jakaś metafizyczna szczelina rzeczywistości, przez którą można przejść.

Być może Purezento nie przyniesie autorce wielu literackich laurów – za mało tutaj krytycznego spojrzenia na kulturę Zen (np. jej komercjalizację i niegdysiejszy nacjonalizm), nie dość intelektualnej gimnastyki, a za dużo formalnej prostoty. Mimo to, książka może okazać się absorbującą lekturą dla szerokiego grona czytelników, choćby z uwagi na przystępny język i romantyczny wątek (który, na szczęście, nie przysłania głównego tematu). Ale przede wszystkim dlatego, że symboliczne osiągnięcia innych kultur, "pożyczone" wartości i idee, mogą mieć realny, ożywczy wpływ na naszą psyche, nasz stosunek do świata i jego urody.

_

Recenzja książki Joanny Bator: Purezento, wyd. Znak (2017)

Bloga autora:

https://agitacjakulturalna.blogspot.com/2018/12/ani-sowem-o-kintsugi-recenzja-purezento.html

Autor

Onufry Mroczny
Redaktor