Recenzja filmu „Ciemno, prawie noc” Borysa Lankosza

Książka Joanny Bator balansuje na granicy realizmu i sennej mary. Dzięki licznym retrospekcjom ucieka w przeszłość, poszukując tam klucza do zrozumienia teraźniejszości. Wydawać się może przez to niełatwym materiałem do filmowej adaptacji. Zadanie komplikuje jej polifoniczny, gawędziarski charakter, sprawiający, że czytelnik co rusz jest zaskakiwany nową opowieścią, które rozstawiają się przed nim jak rosyjskie matrioszki, przybliżając za każdym razem kolejny fragment historii. Poznanie prawdy to priorytet Alicji, reporterki, która nie wie jeszcze, że angażując się w sprawę zaginionych wałbrzyskich dzieci, rozkopuje także własną przeszłość. I rozkopie ją, a potem wpadnie w tę "króliczą norę", jak jej słynna imienniczka.

Czy Borys Lankosz, reżyser filmu Ciemno, prawie noc nadążył za wyobraźnią i ambicjami pisarki?

Zacznijmy od początku. Alicja Tabor wraca do Wałbrzycha, w którym zostawiła bolesne wspomnienia z dzieciństwa. Jej rodzinny dom nic się nie zmienił, jakby zatrzymał się w nim czas. Dziecięce łóżko na piętrze czeka posłane, a ona wciąż się w nim mieści. Zadaniem Alicji jest zbadać sprawę trójki porwanych dzieci i napisać reportaż. Nie musi nikogo ocalić, chociaż skrycie tego właśnie pragnie. Rusza w miasto, przeprowadza wywiady i obserwuje. Na prowincji, ludnej od osobliwości, atmosfera przesycona jest deszczem i patologią. Nieoczekiwanie reporterka spotyka na swej drodze sojuszników: Marcina Schwartza i wariatkę od kotów, Babcyjkę. Z kolei sąsiad, powiernik jej rodzinnych sekretów i naoczny świadek historii, Pan Albert, sprawi, że będzie musiała zmierzyć się także z własnym, odziedziczonym koszmarem. W tle opowieści majaczy legenda o księżnej Daisy, pani na Zamku Książ – najpierw splugawionym przez nazistów, a potem przez sowieckich "wyzwolicieli" - oraz o jej cennych perłach.

A koty? Są i koty. W filmie opartym na powieści Bator muszą być koty. Choć te nie opanowały znikania do perfekcji, jak pewien ich baśniowy krewniak. Dlatego czasem... dyndają na okolicznych drzewach w groźnym, czytelnym przesłaniu. Taka to historia.

"Miałem wrażenie, że oto mamy wspaniałą bryłę tekstu, która oczywiście jest dziełem sztuki gotowym, ale z którego my, mając świadomość medium, jakim jest film, musimy wyrzeźbić formę najwłaściwszą. To był trudny i pracochłonny proces, bo zależało nam, by w toku eliminacji nie wyegzorcyzmować ducha tej powieści i wszystkich sensów, które są w niej zawarte. Wierzę, że to nam się udało zrealizować" - mówił w wywiadzie dla RMF24 reżyser filmu.

Filmowy scenariusz wymaga ograniczeń. Nie sposób przenieść na ekran całej powieści z jej licznymi wątkami i postaciami – czas projekcji filmu, jak uczył Hitchcock, musi odpowiadać zasobności ludzkiego pęcherza. Lankosz, wraz z małżonką, zawęzili więc opowieść do dwóch wątków: sprawy zaginionych dzieci i koszmarnego dzieciństwa Alicji. Przyznam, że podczas oglądania filmu z żalem uświadamiałem sobie, że przez wielki ekran nie przejdą wałbrzyskie bibliotekarki, Adam, założyciel sklepu zoologicznego Królicza Nora, wiodąca podwójne życie właścicielka mięsnego, a wreszcie wałbrzyscy prorocy - Jan Kołek i Jerzy Łabędź, oraz towarzyszący im, zdolny do wszystkiego, tłum wyznawców. Wraz z tymi cięciami znikł gwar i opadła temperatura książki – jej subkulty, języki ulicy (acz niezupełnie), społeczne podziały i konflikty, w których pobrzmiewa wielka, posmoleńska polsko-polska zadyma. Aż wyrywa się pytanie: czy twórcom brakowało na to tylko ekranowego czasu, czy może także odwagi?

By uciec od pierwszego rozczarowania, spójrzmy na obraz Lankosza z innej strony, wszak filmowa opowieść powinna stanowić odrębną, audiowizualną całość. Zdjęcia Marcina Koszałki mają duży potencjał i mogą się podobać. Ponury Wałbrzych (choć po seansie nie powiedziałbym, że teraz lepiej znam to miasto) ugina się i odkształca w szerokokątnych obiektywach. Atmosferę grozy i niepokoju dopełniają ujęcia z żabiej perspektywy i niski klucz oświetleniowy. Tylko w jednym momencie – by nie przecenić zanadto pracy operatora – poczułem się jak na projekcji offowego filmu. Była to scena przeszukiwania mieszkania podejrzanego, która wygląda tak, jakby dwóch kumpli z blokowiska skrzyknęło się, by przeobrazić M4 jednego z nich w kunstkamerę, mającą oddawać psychikę skrzywionego umysłu przestępcy. Kiczowaty efekt spotęgował jazgotliwy bit, aczkolwiek, poza przywołaną sceną, także ścieżka dźwiękowa stoi właściwie na zadowalającym poziomie.

Przyglądając się z kolei aktorom, odniosłem wrażenie, że i oni pogubili się nieco w tych książkowo-filmowych dysproporcjach i nie do końca odnaleźli dla siebie miejsce w świecie ciasno zestawionych retrospekcji. Chociaż gra aktorska ciąży ku drapieżnej, mrocznej stronie filmowego przekazu, w krótkich migawkach eksponując przemoc i upadek człowieka, to tam, gdzie potrzebne były subtelniejsze emocje i wzrastające napięcie – niestety zawodzi. Najistotniejsi bohaterowie, ci z filmowej teraźniejszości, głównie rozmawiają przy herbatce – jakby tym razem trzymano się uparcie nakazu powieści – a Lankosz tylko ilustruje ich wspomnienia. Opowiada przez "opowiadaczy", zamiast ukazać wszystko w zwartej narracyjnej formie. Ponadto okrojony scenariusz nie stwarza zbyt wielu sytuacji zagrożenia czy konfrontacji, przez co film nie sprawdza się dobrze jako kino gatunkowe, które gra na emocjach i ułatwia widzowi identyfikację z bohaterami.

Magdalena Cielecka, grająca Alicję, nosi przez cały film niemal tę samą, zbolałą twarz. Nie wiedzieć czemu wystarcza sama tylko obecność tej milczącej osoby, by ludzie się przed nią otwierali. Nic nie wskazuje na dziennikarski talent, czy osobowość, która sprawiałaby, że ludzie zdradzają jej swoje najskrytsze tajemnice. Nie wiedzieć czemu główna bohaterka – to znowu problem scenariusza – właściwie nie konfrontuje się ze złem, które sama tropi, a cały ten obowiązek spada znowu na męskie barki. A dokładniej na barki Marcina Schwartza. W tej stereotypowej roli Marcin Dorociński jedynie zaciska pięści do walki, albo zdejmuje koszulkę. Na tej samej zasadzie Jerzy Trela zostaje sprowadzony do roli narracyjnej "gadającej głowy" Pana Alberta. Z kolei postaci z dalszego planu popadają w nazbyt teatralną groteskę, zwłaszcza matczyno-synowski duet Doroty Kolak i Dawida Ogrodnika. Dobrze za to wypad Piotr Fronczewski, który świetnie wpisał się w charakter i temperament książkowego dyrektora sierocińca. Z kolei fanów Joanny Bator może zainteresuje informacja, że pisarka, we własnej osobie, wciela się w jedną z postaci.

Najgorsza jednak konstatacja przychodzi na koniec. To podejrzana sprawa. Filmopsuje, lub inne istoty z koszmaru kinomana, strywializowały zakończenie wyczekiwanego filmu. Wśród realizatorskich nieporozumień i scenariuszowych ogryzków przepadła pesymistyczna, zniuansowana wypowiedź na temat natury zła. W filmie Lankosza pokonanie kotojadów zostaje sprowadzone do kilku ciosów, wymierzonych w słusznym gniewie i w imię zbiorowej sprawiedliwości. Widz nie ma wątpliwości - dokładnie wie, po której stronie się opowiada, a wszystkie przedstawione, moralnie dwuznaczne, pokiereszowane przez życie postaci, trafiają na mętny margines. Ciemno, prawie noc Lankosza to krok wstecz, jeśli wziąć pod uwagę brawurę pisarskiej wypowiedzi Bator. Za pozorami śmiałych scen, oferuje przede wszystkim fabularne klisze (dotyczące np. roli płci czy charakteru zła, które ma wymiar głównie jednostkowy).

Film zupełnie nie eksponuje społecznego tła wydarzeń, za przykładem dobrych kryminalnych fabuł. Ulice Wałbrzycha w kadrach Lankosza wydają się nieme i obojętne na okoliczności, które przecież powinny rezonować wśród mieszkańców - w mniej lub bardziej chlubny sposób. Chyba jeszcze nie pora na film, który bezczelnie włożyłby kij w społeczno-polityczne mrowisko, ukazując chimeryczną i niespokojną duszę Polaków w dosadnym, gatunkowym stylu.

_

Recenzja filmu: Ciemno, prawie noc

Reżyseria: Borys Lankosz

Scenariusz: Borys i Magdalena Lankosz

Polska premiera: 22 marca 2019

Gatunek: thriller, kryminał

Produkcja: Polska

Blog autora: https://agitacjakulturalna.blogspot.com/

Autor

Onufry Mroczny
Redaktor