Na końcu tęczy – dystopia w serialu Maniac

Black Mirror przedstawiał dystopijny świat dyskretnych technologii: ukrytych chipów i sensorów, cudownie płaskich ekranów i robotów-sobowtórów, natomiast Maniac, także eksplorujący niedaleką przyszłość, wykonał manewr w przeciwnym kierunku. W wizji Patricka Somerville'a technologiczne gadżety są ociężałe, pudełkowe i kanciaste - drażnią oko swoją obfitą obecnością. Za obiektami tej ekranowej retromanii kryje się swoista przyjemność; jouissance i komicznie ukazany erotyczny fetysz.

Przede wszystkim jednak jest to czytelna aluzja do pierwszych osobistych komputerów IBM, na co wskazuje już żaluzjowy logotyp serialu, oraz niezapomnianej Atari, konsoli do gry z charakterystycznym tęczowym motywem, produkt tejże firmy. W obu wymienionych serialach technologiczna "magia" pogłębia patologię społecznych relacji, jednak Maniac - w oparciu o znacznie lżejszą formułę - wiedzie nas śladem wspomnianej tęczy na "drugą stronę", ku świetlanej przyszłości bez chorób psychicznych i cierpienia. Czy to się może udać?

Uwaga! Tekst nie zdradza zakończenia, ani nie obfituje w spojlery. Stanowi próbę analizy kulturowych kontekstów, które podejmują - w krytycznym, ale i humorystycznym tonie - twórcy serialu. Autor tekstu nie stroni od ironii i odrobiny dowcipu. Dla poszukujących ogólnej oceny serialu, podaję przydatny skrót na końcu tekstu. Miłej lektury.

Na początku był chaos, i tak już zostało...

Bang! Rodzi się wszechświat, z pierwotnej kosmicznej zupy wyłaniają się planety i gwiazdy. W toku dynamicznej ewolucji - ciągłych kolizji i katastrof - świat rozkwita, osiągając kolejne poziomy złożoności. Powstają nowe subtelniejsze byty, wyłaniają się nowe rzeczywistości. Wreszcie, pośród tego twórczego chaosu, rodzi się człowiek. Wraz z nim, jak grzyby po deszczu, rosną korporacyjne gmachy, na ulice wychodzą mundurowi o (rzekomo) policyjnych kompetencjach i roboty utylizujące psie kupy oraz - co już mniej egzotyczne - "kreatywny" marketing. Tak nasza cywilizacja odpowiada na muzykę sfer. Prawem analogii, ludzkim światem także rządzą kolizje i katastrofy, wszak zasady wszechświata wydają się niezbywalne. Szkopuł w tym, i to jest idée fixe całego serialu, że łatwiej jest zbić fortunę na psich minach, niż zaradzić cierpieniu, na jakie naraża się człowiek podczas swej ziemskiej przygody.

Gdy zasady działania wszechświata, przybliżone w formie lapidarnego wykładu, staną się dla nas jasne, twórcy wprowadzają nas w świat głównych bohaterów: Owena Milgrima (Jonah Hill) i Annie Landsberg (Emma Stone). Owen to - bagatela! - outsider, wrażliwiec i schizofrenik. Wie, że z rodziną - składającą się notabene na zarząd Milgrim Idustries, firmy produkującej wspomniane PoopBoty - łączą go dość toksyczne, żeby nie powiedzieć: podległe stosunki. Chociaż ceni sobie własną niezależność, zwłaszcza finansową, to mimo wszystko czuje się zobowiązany dbać o dobre imię familii i bronić swojego brata, Jeda (cudaczny Billy Magnussen) na sali sądowej. Na marginesie, będąca na wokandzie sprawa Milgrimów, śmierdzi równie intensywnie, jak ich gówniany biznes. By przetrwać na tym padole łez, i stawić czoła mrokom samotności, Owen, a właściwie jego umysł, uroił sobie lepszą wersje swojego brata. Razem poszukają "wzoru" w chaotycznej rzeczywistości, oraz sposobu, by zostać bohaterem.

Z kolei Annie, żywioł spontanicznych (czasem impulsywnych) zachowań o niewyparzonej buzi, w zestawieniu z niemrawym Owenem przypomina letnie tornado. Najpierw odeszła od niej matka, potem siostra, a ojciec - ostatni członek rodziny, by odizolować się od tego wrogiego kosmosu, zamkną się w specjalnym sarkofagu, zawieszając w ten sposób swoją egzystencję. Annie wybiera więc życie na nieustającym haju, który pozwala jej podtrzymywać iluzję przeszłości. Owen i Annie nie znają się, ale łączy ich samotność i powolne dryfowanie ku samodestrukcji. Przypadek, bądź wspomniany sekretny wzór, niebawem sprawi, że ich ścieżki się połączą.

Lepsze czasy

Ból i samotność to skutek nie tylko prywatnych kolizji i rodzinnych armagedonów, swój udział mają w nim także przemożne społeczne siły. Prym wśród tej ciemnej energii wiedzie rozpędzona rakieta kapitalizmu, która, w imię postępu, ufundowanego na konsumpcji, przecina tkankę spontanicznych międzyludzkich relacji, tworząc z nich komercyjne i (a jakże!) funkcjonalne hybrydy.

Takiemu spotwornieniu w świecie Maniaca uległa osoba przyjaciela. Jak chce przysłowie, przyjaciel jest od tego, by wybawić nas czasem z kłopotów; może np. postawić bilet do metra, gdy zabraknie nam pieniędzy na powrót do domu. Ad buddy, czatujący z neseserem na każdym rogu ulicy, zapłaci za twój bilet, ba, dołoży na gazetę i papierosy. Ceną jest jednak udzielenie mu swojej cennej uwagi (brzmi znajomo?). Każda taka "bezinteresowna" przysługa ma swoją pozycję w cenniku; za te drobne wydatki kumpel zasypie nas lawiną spersonalizowanych reklam. Oczywiście ekipa Somerville'a podśmiewuje się tutaj z beztroskich użytkowników Google'a czy Facebooka, firm, które intensywnie pracują nad utowarowieniem naszych aktywności w sieci, a w tym - przyjaźni. Na tym cynizm twórców Maniaca jeszcze się nie kończy. Znając problem społecznej izolacji, konsumentom proponuje się możliwość wejścia w rolę przyjaciela lub nawet głowy rodziny. Dla Owena perspektywa znalezienia się w bliskiej relacji z drugim człowiekiem jest kusząca, jednak, ku jego rozczarowaniu, "wolontariat" okazuje się płatną usługą.

Inni - to kolejny serialowy przypadek - wybierają jeszcze krótszą drogę do szczęścia: wpadają w objęcia wirtualnej rzeczywistości, gdzie, za pośrednictwem technologicznych gadżetów, kompatybilnych z miłosną fizjonomią ciała, realizują swoje skrywane erotyczne fantazje. Zaawansowana SI potrafi spełnić oczekiwania już nie tylko względem Testu Turinga... Tą drogą, technologie (wynik naukowych osiągnięć), wespół z rynkowymi usługami, stają się substytutem interpersonalnych relacji.

Chociaż Somerville przedstawia problem w komiczny, przerysowany sposób, trzeba pamiętać, że interakcje z mieszkańcami VR (wszelkie, nie tylko te erotyczne) tym różnią się od rzeczywistych, iż są "prostsze w obsłudze" i wydają się bezpieczne - nie grożą dramatyczną kłótnią czy bolesnym rozwodem, ani innym osobistym kataklizmem. Dlatego być może wirtualny eskapizm tak nas nęci.

Pokłady niezaspokojonych pragnień społeczeństwa stają się więc w Maniacu kolejną żyłą złota, co ważne - właściwie niewyczerpywalną. Zjawisko to, choć przerysowane, dobrze demonstruje w jaki sposób kapitalizm utrwala społeczną izolację (jak pisał J. Crary), a jednocześnie, przewrotnie oferuje konsumentom protezy i symulacje społecznych relacji; przyczynia się do cierpienia jednostki, a następnie podsuwa jej "lekarstwo" i wystawia rachunek.

Faza testów

Twórcy Maniaca mają nosa do podobnych paradoksów. Przykłady można jednak przytoczyć nie odwołując się do fikcyjnej przyszłości. Już dzisiaj psychiatria i farmaceutyka (zwłaszcza w USA), gotowe są wspierać człowieka w zmiennym, buzującym od informacji środowisku, by tym samym ocalić zachodni styl życia. Przecież każde cierpienie, nawet nie mające podłoża choroby, można złagodzić lub nawet... "uleczyć" - właśnie o tę drobną różnicę znaczeń tutaj chodzi. Nadrzędną wartością - zauważyłby technokrata - jest przecież przywrócenie jednostki do stanu produktywności.

W świecie nieustającej adaptacji i zaniku społecznych więzi najbardziej dochodowe są oczywiście środki o doraźnym działaniu. Wie o tym także serialowy zespół badawczy Neberdine Pharmaceutical Biotech, który przy użyciu empatycznej SI (sic!) i substancji psychoaktywnych, w drodze eksperymentu na ludziach, chce stworzyć pigułkę na każdy egzystencjalny ból. Chociaż intencja badaczy może wydawać się szczytna, to - pomijając już biznesowy aspekt przedsięwzięcia - towarzyszy jej brak głębszej refleksji nad złożoną naturą człowieka. Możemy bowiem przypuszczać, że cierpienie, wstrząs wywołany przykrym życiowym doświadczeniem, dostarcza ważnego bodźca do podjęcia ponownej wewnętrznej integracji i, w konsekwencji, powoduje dalszy rozwój człowieka. Życiowe dramaty, ból i rozterki stwarzają osobowość.

Owen i Annie poznają się właśnie tutaj, pod tęczowym logiem NPB* - na ten neurotyczny romantyzm przyklasnąłby sam Woody Allen. Zgłaszają się do udziału w medycznym eksperymencie, acz każde z nich ma odmienne pobudki: Owen musi zarobić na utrzymanie, by zachować niezależność wobec patologicznej rodziny, a Annie, będąca w równie beznadziejnej sytuacji materialnej, wykorzystuje nadarzającą się okazję, by dotrzeć do leku, po którym znowu mogłaby odpłynąć. Przy czym, zmuszona do kombinacji i oszustw, gotowa jest podjąć działania, których nie powstydziłaby się chyba sama Bonnie Parker z kultowego filmu Bonnie i Clyde. Od tej pory los tych dwojga zostaje bezpowrotnie związany.

Terapii uczestników "tęczowego" programu podejmują się: James Mantleray - pomysłodawca całego przedsięwzięcia, któremu w karierze naukowej wadzi jednak skłonność do parafilii (dewiacji); ekscentryczny, uzależniony od własnych leków Dr Muramoto i chorobliwie ambitna Dr Fujita. Ponadto, swój niebagatelny wkład w pionierski eksperyment będzie miała SI o imieniu Grta (ewidentne nawiązanie do Watsona, superkomputera IBM), zdolna do "przeżywania" ludzkich emocji, oraz psycholożka Greta Mantleray, matka Jamesa, która mimowolnie stała się także matką założycielką projektu, gdyż podobieństwo tych dwóch imion nie jest przypadkowe...

Chociaż pacjenci, jak i naukowcy sprawiają wrażenie - mówiąc bez ogródek - niezupełnie normalnych, "ludzi z problemami", badania muszą się rozpocząć. Pragnienie szczęścia ma tu wymiar nadrzędny i ogólnospołeczny. Poszukuje go nawet uczłowieczony superkomputer. Pora zacząć: pacjenci przyjmują pierwszą pigułkę, zamykają oczy i zapadają się w króliczą norę, by, po drugiej stronie, podjąć walkę ze swoimi traumami. Koniec tęczy wydaje się w zasięgu ręki.

(Niejedno) zakończenie

Starałem się wyłuskać tutaj jedynie kilka interesujących mnie kulturowych kontekstów, oczywiście twórcy Maniaca mieli ambicje poruszenia wielu innych ciekawych wątków i refleksji. W iście postmodernistycznym duchu nawiązują choćby do metafory kłącza (eksponując wszechobecne rośliny: mchy, drzewka itp, mnożąc alternatywne losy postaci czy rozstawiając makiety), rozważając nieustannie istnienie wielu rzeczywistości, wobec których pierwotny świat wcale nie musi mieć uprzywilejowanej pozycji. W takim świecie jeszcze trudniej jest poszukiwać sensu, jakiejś jednej logiki zdarzeń, a brak równowagi wydaje się cechą już nie tylko kosmosu, ale także wszelkich zamieszkujących go bytów.

Owena pociąga idea wzoru - jakiegoś tropu, zasady, w oparciu o którą mógłby uporządkować swoje życie i uzyskać spokój ducha. Jednak znając losy bohaterów, dochodzę do wniosku, że jeśli nawet udaje się odnaleźć klucz do rzeczywistości, zawołać "heureka!" lub ułożyć serialową kostkę Rubika*, to na początku jest gdzieś ten jeden przypadek, łut szczęścia, którego nie potrafimy dostrzec.

Jeśli podejmiemy tę grę z ekranową reprezentacją, zauważymy nie tylko liczne konwencje gatunkowe, a nawet poszczególne tytuły, do których nawiązuje serial, ale także szereg zagadkowych wskazówek, jak np. Nowa Statua Wolności (czyżby stara już nie wystarczała?), obraz przedstawiający wiertarkę z podpisem: "to nie jest wiertło", odsyłający do dzieła René Magritte'a, czy choćby matrixową czerwoną i niebieską pigułkę - a więc niewygodne, niełatwe do uchwycenia drobiazgi (easter eggs), które wskazywałyby na ułudę rzeczywistości, w której przebywamy.

Do podobnej konstatacji odsyła motyw Don Kichota, którego bohater, porywając się z kopią na wiatraki, był święcie przekonany, że stawia czoła olbrzymom. Tą iluzją, z którą trzeba się skonfrontować, przejrzeć ją, może być nie tylko trauma i poczucie winy - w wypadku Annie, czy patologiczne relacje w rodzinie Owena, ale sama, pojmowana logocentrycznie (jako kategoryczna, niepodważalna zasada) rzeczywistość.

Bez obaw, twórcy traktują te rozważania lekko, z przymrożeniem oka, w centrum tej "terapeutycznej komedii" stawiając przede wszystkim pytanie o przyczynę i konsekwencje ludzkiego cierpienia. Swoją drogą, aż dziw bierze, że serialowi twórcy biorą na tapet tak nieefektowne zagadnienie. Cóż, w końcu nie wszyscy musimy być normalni.

😉

_

* Owen i Annie spotykają się właściwie już na samym początku, chociaż oboje nie mają o tym pojęcia. Wróćcie do pierwszego odcinka serialu i przyjrzeć się uważnie, jak Owen wchodzi w posiadanie kostki Rubika.

Ocena ogólna:

+ wizja niedalekiej przyszłości

+ frapująca tematyka (jeden z tych "netflixowych pomysłów")

+ ekscentryczni bohaterowie; śmieszni a zarazem autentyczni

+ krytyczny komentarz do współczesnej kultury i relacji społecznych

+ retro-scenografia, podśmiewająca się z technologicznych trendów

+ dobra gra Emmy i Jonaha, ale także pozostałych aktorów (choćby Julii Garner)

+ humor połączony z dystopijną refleksją

+ dialogi, którym warto się przysłuchiwać

+ "opcja C" 🙂

- żonglerka filmowymi konwencjami w końcu nieco się wyczerpuje

- "tylko" dobra gra aktorskiego duetu (oscylowanie pomiędzy komedią, pastiszem i dramatem było z pewnością dużym wyzwaniem)

Blog autora:

https://agitacjakulturalna.blogspot.com/2018/11/na-koncu-teczy-dystopia-w-serialu-maniac.html

Autor

Onufry Mroczny
Redaktor